Home Styl życia Frankenstein, a minimalizm, czyli nasza deklaracja ideowa :)

Frankenstein, a minimalizm, czyli nasza deklaracja ideowa :)

przez Wojtek Wychowaniec

                Jak scharakteryzować świat w którym przyszło nam funkcjonować? Czy to, że mamy niezwykły komfort i poczucie bezpieczeństwa jest na pewno wyłącznie pozytywnym aspektem? Czemu wielu ludzi pozostaje nieszczęśliwymi pomimo, że ma wszystko? Czy jest gdzieś kres naszych oczekiwań? Młodzi, zdolni, inteligentni, a przepracowani, znerwicowani i przemęczeni. Co dzieje się w pięknych, nieskazitelnie białych domach i klimatyzowanych biurach? Czy na pewno wszystko jest w porządku?

                W 1818 roku angielska pisarka Mary Shelley wydała powieść pod tytułem Frenkenstein. Tytułowy bohater jest naukowcem, który w ramach badań nad śmiercią, odkrywa formułę ożywiania zmarłych. Jego eksperyment kończy się jednak tragicznie, gdyż ożywiony przez niego stwór okazuje się monstrum, które doprowadza do śmierci swojego Stwórcy i całej jego rodziny (Jak ktoś nie czytał to sorry za spoiler). Historia znana potem z wielu adaptacji filmowych jest dla mnie o tyle inspirująca, że doktor Wiktor Frankenstein stworzył coś, nad czym sam nie mógł zapanować  i co w końcu doprowadziło do jego zagłady. Podobieństwo historii Frankesteina, do stylu życia, który ludzkość sama sobie zafundowała jest aż nadto oczywiste.

                Zbierając materiały do moich artykułów i porządkując własne przemyślenia, często moje myśli konkretyzowały się we wniosku, że człowiek, żmudnie i z lubością, przez wiele pokoleń, tworzył świat, który teraz jego samego konsumuje i niespiesznie trawi. Jako Nowoczesne Społeczeństwo ukształtowaliśmy mit sukcesu, w dążeniu do którego spalają się całe tabuny tzw. młodych – zdolnych. Żyjemy wierząc w słowa Franka Sinatry: nothing but the best is good enough for me (Tylko to co najlepsze jest dla mnie dostatecznie dobre). Podejście to sprawia, że żyjemy w ciągłym uczuciu niedosytu, a to właśnie nas konsumuje.

                Chciałem żeby ten tekst pokazał Wam na jakich założeniach oparłem moje przemyślenia.

Na początek musimy odpowiedzieć na zadane pytania:

  • Czy ludzkość jest w najlepszym momencie w historii świata, szczególnie jeśli chodzi o komfort życia, bezpieczeństwo funkcjonowania i zdolność przetrwania?
  • Czy patrząc na Was, waszych przyjaciół, rodzinę, sąsiadów można powiedzieć, że mamy wszystko co potrzebne do przeżycia?
  • Czy mamy niezwykłą zdolność do szybkiego i nieskrępowanego urzeczywistniania naszych marzeń i planów?
  • Czy nasz dostęp do dóbr jest niemal nieograniczony?

Na te pytania można odpowiedzieć na różne sposoby, ale w ujęciu ogólnym, ja odpowiadam na nie wszystkie twierdząco. Świat jest pełen dobrze sytuowanych ludzi. Znamy ich ze stacji metra, galerii handlowych, spotkań biznesowych czy imprez kulturalnych. To młodzi, dobrze wykształceni ludzie, którzy piastują wysokie stanowiska, dużo pracują, jeżdżą na dalekie wakacje, mają zdolność podróży na weekend do dowolnego miejsca na ziemi, podążają za trendami, dużo zarabiają i dużo wydają.

Wiec gdzie jest pułapka? Gdzie Frankenstein?

Skoro mamy wszystko, możemy sobie kupić wszystko co wymyślimy, to skąd pewne poczucie pustki, zagubienia? Skąd ciągłe dążenie? Skąd ciągłe poszukiwanie – szczęścia, zdrowia, urody, spełnienia?

To proste. Posiadamy wobec siebie nieograniczone oczekiwania, zarówno w ujęciu społecznym jak i indywidualnym. Społeczeństwo oczekuje od nas określonych wzorców: dobrych samochodów, pięknych domów, modnej biżuterii, zegarków, markowych okularów. Nikt z nas nie wymyśliłby sam, że potrzebuje bransoletki firmy Pandora, wraz z całym zestawem sprzedawanych dodatkowo koralików, gdyby ktoś tego nie wymyślił, nie wyprodukował i nie rozreklamował. A dziś zebranie wszystkich kulek jest czyjąś potrzebą. Reklama, kino i popkultura pokazują nam co powinniśmy mieć, jak żyć, co sprawi, że będziemy szczęśliwi.

Dodatkowo wpadliśmy jeszcze w okrutną spiralę – pułapkę samorozwoju, ciągłego dążenia do tak zwanego sukcesu. Oczekujemy od siebie, że będziemy najpiękniejsi, najlepsi, najbogatsi, najbardziej innowacyjni, najbardziej wolni. Połowa lat dwutysięcznych przyniosła rozwój rynku sukcesu.  Przedstawiciele mojego pokolenia naczytali się książek, wydali pieniądze na szkolenia, nasłuchali się podcastów, z których mieliśmy dowiedzieć się, jak być najlepszą, najbogatszą i najszczęśliwszą wersją siebie.

Presja jaką postawiło przed nami społeczeństwo, a którą sami wciąż utrwalamy jest okrutna i to ona nie pozwala odczuwać pełnego zadowolenia. Za każdym szczytem, na który się wspinamy jest kolejna góra, na którą próbujemy wejść. W efekcie nigdy nie odczujemy sukcesu, a co ważniejsze nigdy nie odczujemy pełnego zadowolenia.

Jakie aspekty obejmują nasze nieograniczone oczekiwania? Właściwie wszystkie. To tylko kilka z nich:

  • Zarabianie pieniędzy. Pułapka nieograniczonych oczekiwań finansowych jest widoczna wśród pokolenia naszych rodziców. Można powiedzieć, że wyssaliśmy ją z mlekiem matki. Całe życie niektórych osób opiera się tylko na chęci zarabiania coraz więcej, bez koncentrowania się na aspektach które rzeczywiście dają radość. Nie koncentrujemy się na sposobie wydawania pieniędzy, tak aby chwytać małe okruchy szczęścia, tylko na zarabianiu i posiadaniu.
  • Poczucie sukcesu i pozycja społeczna. Niezależnie od tego czy pracujemy w korporacji, urzędzie, czy małej bądź średniej firmie, mamy wysokie oczekiwania odnośnie swojej kariery. Chcemy piąć się po szczeblach struktury, nie tylko po to żeby zarabiać więcej, ale także dla prestiżu lub dla czegoś czego nie potrafię jednoznacznie zdefiniować, czyli spełnienia.
  • Dieta i zdrowie. Znam ludzi, którzy całe życie są na diecie, ale nigdy nie są zadowoleni z efektów. Wydają mnóstwo kasy na dietetyków, diety, przyrządy gimnastyczne, ale ich średnia roczna waga jest niema taka sama, tylko zapis jest sinusoidalny. I znów pułapka. Gonienie za wyimaginowanym obrazem siebie zamiast spokojnej egzystencji z szacunkiem i akceptacją (a może miłością) do samego siebie. Oczywiście granice wyznacza nasz organizm. Jeżeli nie jesteśmy otyli, co ma wpływ na nasze zdrowie, to powinniśmy zapomnieć o diecie zastanowić się nad swoimi oczekiwaniami.
  • Związki. Jak mamy szczęście przytrafia nam się piękne uczucie i dobra, partnerska relacja. Nasze związki nie są jednak nigdy doskonałe. Zastanawiamy się, czy nie zasłużyliśmy na więcej. Czy los nie może nam podarować kogoś piękniejszego, wrażliwszego, silniejszego, czy bardziej troskliwego. Często dla marzeń poświęcamy dobre związki, tylko dlatego, że nie czujemy iskry (kolejne pojęcie bez definicji). Żeby była jasność, nie namawiam do godzenia się na bylejakość albo do pozostawania w nieudanych związkach. Namawiam tylko do refleksji nad naszymi oczekiwaniami i nad ich racjonalnością.
  • Artefakty szczęścia. Chyba nie będę tego komentować, a powiem tylko: iphone ileś, Samsung galaxy s ileś, BMW X ileś, dom 200 m2, nowy Orbitrek, torebka od Prady,  i wiele innych? A co jeżeli to są Horkruksy. Każdy zabiera Ci trochę duszy? Czy jak patrzysz w telefon to nie masz trochę wrażenia, że coś Ci kradnie?

Jak byłem na pierwszym roku studiów, na pierwszych zajęciach z ekonomii usłyszałem, że ekonomia to nauka gospodarowania ograniczonymi środkami w warunkach nieograniczonych potrzeb, co profesor przetłumaczył dla pierwszorocznych studentów: no wiecie. Jak więcej zarabiasz to coraz więcej wydajesz, bo coraz więcej chcesz konsumować. Żyłem w tym przekonaniu przez prawie 12 lat !!! Myślałem, że to takie samo prawo naukowe  jak pierwsza zasada dynamiki, albo jak twierdzenie Pitagorasa w matematyce. A co z umiarem, kontrolą potrzeb, czy mrożeniem wydatków.

A co jeśli nie trzeba być kierownikiem, dyrektorem, jeździć luksusowym wozem, nie trzeba mieszkać w modnej dzielnicy i ubierać się w Paryżu? A co jeśli nasze potrzeby zakupowe, albo potrzeba osiągnięć opiera się realnie na niskim poczuciu własnej wartości? A co jeśli już mamy wszystkie zasoby niezbędne, aby odczuwać szczęście i wcale nie musimy o nie dalej zabiegać?

Wydaje mi się, że ludzkość zaczyna szukać panaceum na Frankensteina. Mnogość filozofii i pojęć może wprawić w zakłopotanie, ale wszystkie one są bezpośrednią lub pośrednią odpowiedzią na problem, który opisuje – problem nieograniczonych oczekiwań.

Minimalizm, slowlife, work-life balance, szukanie równowagi, zrównoważony rozwój, ekonomia umiaru, esencjonalizm, no-TV, zero waste, sharing, salf-healing, ekologia i dziesiątki podobnych filozofii zaczynają stawać w naszej obronie. Coraz więcej ludzi na świecie rozwija te społeczne poglądy i próbuje  pomóc nam w okiełznaniu naszych potrzeb i wydobyciu tych, które naprawdę są ważne.

Chciałbym na koniec podkreślić, że nie jestem bojownikiem o minimalizm. Nie jestem też przeciwnikiem ambicji albo zwolennikiem nieudanych związków. Nie rekomenduje utopienia telefonu, ani chodzenia w starych, podartych ubraniach. Nie czuję się także w survivalu, a na diecie byłem parokrotnie w życiu. Jedyne do czego zachęcam to do umiaru i do kształtowania świadomych potrzeb do brania odpowiedzialności za swoje zachowania konsumenckie.  Nietrudno się domyślić, że wiele z problemów o których piszę dotyka mnie i moje otoczenie. Ten tekst jest konsekwencją mojej własnej pracy nad sobą. Tym właśnie chciałem się podzielić.

WW

6 komentarzy
4

Może Ci się spodoba

6 komentarzy

Kamil Lipiński 19 sierpnia 2019 - 08:08

Bardzo dobry wpis, dobrze się czyta i skłania do refleksji 🙂 dzięki Wojtek

Odpowiedz
Marcin Pawelec 19 sierpnia 2019 - 21:19

Dziękujemy Kamil 🙂

Odpowiedz
Irek 21 sierpnia 2019 - 09:10

Bardzo bliskie mi podejście. Zgadzam się z powyższymi przemyśleniami prawie w 100 procentach.
Dzięki Wojtek🙂

Odpowiedz
Wojtek Wychowaniec 22 sierpnia 2019 - 22:46

Dzięki. Pozdrawiamy i zachęcamy do dalszej lektury!

Odpowiedz
Swede 22 sierpnia 2019 - 22:34

Czytając ten tekst zdałam sobie sprawę, że jest on jak najbardziej tożsamy z moją historią. Przez lata żyłem w przekonaniu,że „mieć” a nie „być”jest ważniejsze, bardziej prestiżowe, na topie, wzbudza szacunek i zazdrość wśród innych ludzi. Poznałam także wielu podobnych do mnie ludzi z kompleksem pochodzenia, wywodzące się z niezamoznych rodzin, które za wszelką cenę starały dorównać się otaczającym ich „standardom”. Największą kumulacja takiego zachowania było dla mnie pójście na studia do dużego miasta i zobaczenie jak fajnie można żyć, na poziome i wydając pieniądze których się nie ma. Miałam koleżanki, które wolały jeść zupki chińskie przez tydzień żeby móc trzymać wielkomiastowy lifestyle i kupować markowe ciuchy, a ja z miesiąca na miesiąc miałam problemy finansowe, także ulegając tej presji. Wszystko to oczywiście odbiło się na zdrowiu, stres, nerwica, problemy żołądkowe.. Czyli choroby ambitnych- młodych ludzi smartfonowego pokolenia. Na całe szczęście wyjechałam za granicę do pracy, bo oczywiście przy wygórowanych oczekiwaniach finansowych oraz ambicjach zawodowych itp. nie mogłam spełniać m.in. swoich wszystkich zachcianek. Dostałam dość dużego kopa, bo nie dość,że praca była ciężka to nie odpowiednia do mojego wykształcenia… Poznałam jednak dużo wartościowych osób, co prawda bez grosza przy duszy, ale za to z pełnym workiem dobrych rad i niesamowitą pogodą ducha. To był mój czas na przewartosciowanie swojego życia. Z dala od domu, od przyjaciół i rodziny mijały miesiące gdzie spędziłam je na pracy nad sobą, medytacjach i wnioski do jakich dochodziłam były całkowicie sprzeczne z moim dotychczasowym życiem. Zmiana sposobu myślenia choć jest niesamowicie trudna i żmudna, dała zdumiewające efekty. Przestałam się złościć, zaczęłam w końcu akceptować siebie, wybaczyłam samej sobie, że tak zaniedbywałam istotę , który powinna być kochana i najważniejsza, czyli moja dusza. wcześniej nie słuchałam jej pragnień tylko pragnień otoczenia, sztucznych telewizyjnych wzorców które zalewają nasz świat jak tsunami. „Rzeczy” to tylko namiastka szczęścia, które tylko rozpraszają nas, pochłaniają nasz czas, który lepiej jest spędzić na rozmowie, na spacerze, sporcie czy na zwiedzaniu. Jak możemy kochać samych siebie i pielęgnować ten związek skoro, nie mamy na to czasu, bo jesteśmy wykończeni codzienna gonitwą? To jaki jest sen w ogóle naszego istnienia? Żeby jeść, pracować i spać? A co jeżeli zastąpimy to – praca żeby jeść, a resztę czasu na nas samych? Żyjąc już kilka dobrych lat za granicą, widzę jak” zachodnie życie ” jest hmm..próżne? Ludzie wolą spędzać czas patrząc w mały ekranik (only iPhone) a nie prowadzić rozmowę twarzą w twarz, co jest typowym zjawiskiem w miejscach publicznych i restauracjach, co chwilę wymieniają garderoby, umeblowanie oraz wszelkiego rodzaju dobra użyteczne ponieważ już nie są „trendy”. Wiele ludzi nie jest przez to w stanie zbudować trwałych związków, gdyż nie są nauczani rozmawiać o uczuciach i emocjach z drugą osobą. młodzi ludzie i dzieci nie wiedzą co to jest plac zabaw i gra w piłkę, bo rodzice z braku czasu i zmęczenia wyreczaja się elektroniczną nianią tj. Komputer… Z dnia na dzień słucham w radiu o rosnącej agresji i przemocy wśród nastolatków w stosunku do starszych osób… Czy ten świat oszalał? Takie zachowania tylko umacniaja mnie w przekonaniu, że jeżeli nie zaczniemy skupiać się na akceptowaniu naszego życia i samych siebie doprowadzi to nas do samodestrukcji. Nie zazdrośćmy, nie oceniajmy, po prostu żyjemy. Enjoy your life and yourself.

Odpowiedz
Wojtek Wychowaniec 22 sierpnia 2019 - 22:47

Nic dodać, nic ująć… dzięki Ci za Twoja historię 🙂 dobrze wiesz, że jest ona jedną z naszych inspiracji 🙂

Odpowiedz

Pozostaw odpowiedź Swede Anuluj odpowiedź

* Zostawiając komentarz zgadzasz się z postanowieniami Polityki Prywatności oraz Regulaminu.

Ta strona wykorzystuje ciasteczka m.in. do analizy ruchu. Więcej w Polityce Prywatności. Akceptuj Więcej

Polityka Prywatności